Z łezką w oku wspominam czasy, kiedy jeżdżąc po kraju nie miałem problemów z zaparkowaniem... Oczywiście wtedy Polacy posiadali 15 x mniej samochodów niż dziś, drogi były puste, benzyna na kartki i można było jeździć tylko do godziny 22:00. Ja jeździłem całą dobę! Mój wóz palił 540 litrów ropy na 100 km i zużywał 10 litrów oleju. Wówczas wydawało mi się, że nie ja za to płacę, więc ekonomiczna strona jego eksploatacji nie była moim zmartwieniem.

Generalnie T-55 AM, czołg piątej generacji, jest dzisiaj reliktem przeszłości. Amerykanie w czasie "Pustynnej Burzy" pokazali, co śmigłowce mogą zrobić z całymi pułkami pancernymi wąsatego Saddama.

Kiedy życie Ci zbrzydnie i stanie się piekłem - wejdź do czołgu i zatrzaśnij się deklem!!!

"Forsowanie przeszkody wodnej po dnie" 

- czyli "jazda na cienkiej rurze"...

Któż z nas nie pamięta tych przerażonych twarzy kapitanów barek, na Odrze pod Białą Górą?

 

Z archaicznego wkm-u DSzK 38/46 kal.12,7 mm, który podobno miał spełniać zadania broni przeciwlotniczej, trudno jest trafić w... Europę, a co dopiero w śmigłowiec, czy nie daj Boże, w samolot odrzutowy.

Wielokrotnie strzelałem z tej broni na poligonach w Żaganiu, w Wędrzynie k/Trzemeszna i w Biedrusku. Nie poznałem w całym moim pułku  nikogo, kto trafiłby w zawieszoną na dalekich, wysokich słupach sylwetkę śmigłowca - choć jeżeli chodzi o inne rodzaje broni, to moi koledzy byli wyśmienitymi strzelcami. Z owego wkm-u strzelaliśmy początkowo z 800, potem z 500 i wreszcie z 400 metrów i... nikt nie umieścił ani jednego pocisku w celu!

wkm DSzK 38/46 - postrach żagańskich grzybiarzy :)

kaliber - 12,7 mm,
stosowane naboje: 12,7×108 mm wielkokalibrowe z pociskiem B-32, BZT i MDZ,
zasilanie - z taśmy o pojemności 50 nabojów,
masa broni - 34 kg,
masa broni z podstawą i skrzynką amunicyjną - 157 kg,
długość broni - 2328 m,
długość lufy - 1069 mm,
prędkość początkowa pocisku - 850 m/s,
szybkostrzelność teoretyczna/praktyczna - 600 / 80 strz./min.

 

Osiemdziesięciu jeden strzelców dostało dwóje! Podejrzewam, że amerykańska załoga śmigłowca wcześniej zmarła by na uwiąd starczy nim ktokolwiek z nas musnąłby ich maszynę jakimś zabłąkanym pociskiem. Zabłąkanym - bo inny nie miał prawa do nich dolecieć :)

Jesień'81: PWB 2. S.pcz - czyli, mówiąc po ludzku: "park wozów bojowych drugiego Sudeckiego pułku czołgów średnich" :)

"Łotwor" opiera się o swój WKM - tylko do tego celu broń ta nadawała się idealnie!

Lepiej byłoby dopaść z "saperkami" amerykańskie samoloty, stojące gdzieś na lotnisku!

Taka to była sowiecka broń przeciwlotnicza...

A dlaczego amerykańskie? W 1980 Amerykanie nie byli jeszcze naszymi kolegami - wręcz przeciwnie.

"korpusówka" wojsk pancernych

Pozostałe uzbrojenie T-55 AM stanowiła 100 mm armata [D-10T2G] i dwa czkm-y SGMT wz. 43, kal. 7,62 mm. 

Kaemy te już w latach 60-tych można było śmiało umieścić w muzealnych gablotach [Sowieci używali ich w czasie II wojny światowej na taczankach...]. Ich "wadą wrodzoną" było zrywanie mosiężnych łusek naboi świetlnych. Każda mieszana seria [4 zwykłe + 1 świetlny] kończyła się zacięciem. Było to zjawisko tak powszechne, że polscy konstruktorzy opracowali specjalny "wyciągacz zerwanych łusek" - mały, stalowy przyrządzik, wielkości "obgryzionego ołówka", którym z komory nabojowej wyciągaliśmy nędzne resztki.

SGMT wz. 43 - prosty kulomiot :)

Z nowszymi km-ami PKT takich dramatów nie było, ale one montowane były jedynie w wozach dowódczych wersji AD.

Jeden SGMT, tzw. "kierunkowy", ulokowany był w przedziale mechanika-kierowcy, przy jego prawym łokciu. Naciąganie rączki zamkowej [wyjątkowo umieszczonej pionowo] następowało przez szarpnięcie korby, która nawijała na kołowrotek krótką, stalową linkę. Elektrospust znajdował się na prawej dźwigni PMS [planetarny mechanizm skrętu - w wojsku wszystko ma swój skrót]. 

w Parku Wozów Bojowych - 1981

Jesień'81. PWB.

Mechanicy-kierowcy 2. kcz, 2. "Sudeckiego" pułku czołgów średnich, 10 "Sudeckiej" DPanc. 

W przedziale kierowcy siedzę ja!

W założeniu konstruktorów czołgu, mechanik-kierowca miał swoim SGMT w czasie jazdy niszczyć nieprzyjacielską piechotę. Wylot lufy km-u "kierunkowego" znajdował się na wysokości piersi dorosłego człowieka. Tym karabinem nie można było prowadzić ognia do wybranych celów - po prostu strzelało się "w kierunku wroga"... 

Drugi km umieszczony był na łożu sprzężonym z armatą - w płaszczyznach poruszał się więc tak jak ona. Ładowaniem armaty i km-u "sprzężonego" zajmował się ładowniczy.

Ładowniczy z "laleczką" - Żagań 1980

Przygotowanie do natarcia: "Złote piaski" czyli Żagań, pas taktyczny "Joanna" - "Wzgórze Wołowe". W ten sposób ładowniczy ["paker"] odpoczywał, podając naboje podczas załadunku. Czasami nabój okazywał się cięższy od ładowniczego...

Celowanie i prowadzenie ognia było zadaniem działonowego, który w załodze był równocześnie zastępcą dowódcy czołgu. 

Dowódca - jak sama nazwa wskazuje - koncentrował się na wykrywaniu celów. Utrzymywał też stałą łączność z dowódcami plutonów, kompanii i wprowadzał w życie ich rozkazy i polecenia. Łączność wewnętrzną między członkami załogi zapewniał, lub raczej powinien był zapewniać:  CzTW - czyli "czołgowy telefon wewnętrzny". Bardzo często łączność wewnętrzna zależała od siły głosu poszczególnych "załogantów".

Często, w związku ze szwankującym CzTW, mechanikowi zakładaliśmy "lejce" - zestaw sznurów na ramiona, którymi "powoziliśmy" - podobnie jak woźnica końmi... Lekkie szarpnięcie za lewe ramię oznaczało "skręt w lewo", mocniejsze szarpnięcie nakazywało mechanikowi zaciągnięcie dźwigni "lewego PMS-u" w II położenie - co było równoznaczne ze zwrotem w miejscu. Kopnięciem w plecy działonowy dawał znak, że trzeba ruszyć "z kopyta"...

Taka to była łączność wewnętrzna!

1. kcz 2. pcz w PWB - obsługa sprzętu :)

Oczywiście życie niosło również wiele innych problemów, które musieliśmy wspólnie rozwiązywać. Gdy teraz, po latach, próbuję sobie przypomnieć jakieś czołgowe urządzenie, natychmiast przypomina mi się... jak je naprawialiśmy. Właściwie psuło się wszystko... Jak mawiał plutonowy X, "techniczny" mojej kompanii: "W czołgu nie psuje się tylko ogrzewanie - bo go nie ma!". To zdanie oczywiście nasuwa kolejne wspomnienia... zimowe poligony, setki, tysiące godzin w wozach, od wewnątrz pokrytych lodem powstałym z naszych skroplonych, zamarzniętych oddechów...

PM wz.63 - popularny "Rak".

Uzbrojenie osobiste trzech członków załogi, czyli

"broń, która sama strzelała" :)

 

kaliber: 9 mm
nabój: 9 x 18 mm Makarow
masa: 1,85 kg (15 nb.), 2,05 kg (25 nb.)
długość: 333/583 mm - z kolbą
prędkość początkowa pocisku: 320 m/s
szybkostrzelność: 650 strz./min
pojemność magazynka: 15 lub 25 nb

Myślę, że największe straty Ludowe Wojsko Polskie w czasie stanu wojennego, poniosło na skutek przeziębień załóg nie ogrzewanych czołgów...

Gdy temperatura wewnątrz wozu osiągnęła -24°C, pozostawało nam jedynie opatulanie się szmatami do czyszczenia armaty. Nasi mechanicy zasypywani śniegiem w otwartych włazach, przypominali żołnierzy Wehrmachtu spod Stalingradu [po cichu zezwolono nam nawet na używanie cywilnych, kolorowych szalików, których widok wywoływał u kwatermistrza pułku palpitację serca]. Piętnaście minut potrzebował mróz by rozerwać nasze aluminiowe litrowe termosy z gorącą kawą. Śmiać mi się chce, gdy rok rocznie nasza TVP, w rocznicę stanu wojennego emituje "archiwalne filmy", na których żołnierze piechoty grzeją się przy ulicznych piecach koksowych. Nikt nie filmował tego, co działo się wewnątrz czołgów. My nie mogliśmy wychodzić z maszyn by się ogrzać. Nie jest to utyskiwanie na ciężką dolę czołgistów, a jedynie chęć oddania prawdy tamtych dni.

Mam pełną świadomość, że wielu ludziom było gorzej niż nam.

Ale wróćmy do... armaty.

maskowanie

"Okopać - zamaskować!" 

Po takiej komendzie, z reguły cała załoga miała "noc z głowy"...

Nad ranem opuszczaliśmy pozycje zostawiając za sobą nowe dziury w ziemi... Przechodziliśmy do "pogoni za nieprzyjacielem"... Straszne rzeczy się działy na "autostradzie" pod Żaganiem :)

Tym, który ją obsługiwał był oczywiście ładowniczy. Źle wyszkolony "paker", armaty po prostu się... bał. Ładowniczym targał strach przed armatą, której niepoprawna obsługa w najlepszym wypadku kończyła się utratą czterech palców lewej dłoni [kciuk zawsze wychodził cało]. 

Wyżej wspomniane palce, mógł zgilotynować 63-kilogramowy klin zamkowy, spadający na dłoń podczas ładowania naboju. Trzeba było po prostu w odpowiedni sposób ułożyć palce na dnie łuski, wciskając nabój do komory. Źle ułożona dłoń w ułamku sekundy stawała się krótsza. Ale to było - jak już wspomniałem - "najmniejsze zło". "Większe zło", czyli zmiażdżenie ładowniczego, następowało wówczas, gdy ten podczas strzału nie przyjął regulaminowej postawy i znalazł się na drodze odskakującej nasady, która z siłą kilku ton była w stanie wyrwać go z najmocniej zasznurowanych butów. Po szczęśliwym załadowaniu następował strzał. Praktycznie przez 2-3 sekundy po strzale cała załoga była "ślepa" - to efekt ogromnej chmury gazów opuszczających wylot armaty. Owa chmura stawała się jedynym widocznym we wszystkich peryskopach obiektem, a gdy już opadła pierwszym członkiem załogi, który poznawał wynik strzału był... mechanik-kierowca.

Takie to było strzelanie z armaty...

O poczciwym T-55A mógłbym napisać dużo więcej, ale w Internecie nie ma aż tyle wolnego miejsca :)

A to ja jesienią 1981. Dzisiaj wyglądam dużo gorzej...

Napisz do mnie

Na zakończenie tego przydługiego wspomnienia pozdrawiam wszystkich byłych mechaników-kierowców T-55. Popatrzcie sobie na tą słynną odznakę, za którą można było dostać tydzień urlopu :)

Podobno w Żaganiu komuś takie cudo wręczono... Potem się okazało, że to był kucharz :)

 

Chcesz wiedzieć więcej? Odwiedź moją "wizytówkę"!

 

T-55 jako siedzisko. Listopad 1981. Od lewej: "Kacik", "Tasiemiec", "Łotwor", "Kamczatka", "Fuzzy" i NN kpr. pchor. ["bażant"]. Żegnamy - bez większego żalu - Żagań-Karliki. 20 dni później wyruszymy "na wojnę"...

WZT-2... Dziś każdy może sobie kupić takie "cacko" - tylko po co?